Zwykłe, magiczne spotkanie.

Historia autentyczna.

Moja młodsza córka, będąc na spacerze z mamą i „bapą”, zapragnęła swoim pięcio i pół letnim sercem piernika ze straganu na Starym Mieście. Piernika nie dostała, natomiast została uraczona lizakiem-bałwankiem.

W drodze do wegetariańskiej restauracji  lizak bałwanek złamał się był powodując wybuch smutnego płaczu.

Ów płacz zauważył jeden z gości restauracji. Podszedł do Jaśminki i zapytał o co chodzi. Dowiedziawszy się wyszedł z restauracji.

Wrócił po godzinie (!) a wiedzieć musicie, że była naprawdę mroźno, twierdząc, że we wskazanym miejscu lizaka nie znalazł, ale na pocieszenie kupił choć…piernika.

Tego piernika.

Nieznany gość wyszedł na ulicę, godzinę łaził na mrozie po Starówce szukając lizaka dla dziewczynki, którą poznał 5 minut wcześniej.

W pewnych postawach kryje się siła, która niesie się dalej. Jak usłyszałem tę historię natychmiast przypomniała mi się rzecz która w codziennym pędzie między kolejnymi projektami, a obowiązkową realizacją pasji, umyka odkładana na boczną półkę: bez bycia „do” drugiego człowieka, gotowości do bycia pomocnym, nie ma mowy o żadnym rozwoju duchowym.

Bez takiego przejawu miłości do ludzi obok nas, zwykłego, bez patosu, codziennego, oczywistego, na granicy banału, bez magii gestów zwykłych, rozwój duchowy to tylko kolejny zamysł zorientowany na korzyść osobistą, tyle, że z dobudowaną ideologią.

 

Podobno umierając przychodzą do głowy dwa pytania: „Ile miłości dałem i czego się nauczyłem?”…

P.S. Pan nie ma telefonu ani fejsa. Niech się Panu szczęści Panie Nieznajomy.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *