Przeciąganie liny, czyli o relacjach.

Sporo rozmawiam z ludźmi o związkach. I prywatnie, i na warsztatach, i spotkaniach coachingowych.

Mega rzadkością jest sytuacja, że osoba z którą rozmawiam stara się neutralnie, rzeczowo podejść do tematu problemów w relacji. Z reguły słyszę litanię narzekań na partnera/partnerkę. O sobie nic, albo mało. Sukcesem są nieszczegółowe stwierdzenia typu „No ja też coś tam nawalam, każdy ma swoje wady, ale to co wyprawia Wojtek…”

Użyję tu słowa za którym nie przepadam: niesamowite. Niesamowite jak działa nasz umysł przypisujący automatem całą odpowiedzialność na drugą stronę.

Niby uznajemy racje drugiej strony, ale tak naprawdę, bądźmy szczerzy, ni chuja.

Do przeciągania liny potrzebne są dwie osoby.

Nie ma innej możliwości. Samemu się nie da.

Większość spinek da się porównać do przykładu z obiadem. Powiedzmy, że ona ma zrobić zakupy, on ugotować obiad. Obiad jest niezrobiony, oboje są głodni. I się zaczyna. On uważa, że nie zrobił, bo nie było zakupów, ona nie kupiła, bo on i tak nie robi obiadów.

(Albo tak: on czeka na jej akceptację żeby się  zmienić, ona czeka na jego zmianę żeby go zaakceptować)

I tak w koło Macieju.

Błędne koło pretensji, oczekiwań, rozczarowań.

Ktoś się czuje ofiarą, ktoś katem.

Jedni się obrażają i nic nie robią, drudzy zaczynają i kupować, i gotować. Jeszcze inni ani drgną w nieugotowanym status quo. Ktoś zaczyna wojnę niewysłowionych pretensji. Wylewają się żale i oskarżenia…

Jesteśmy bardzo kreatywni w nieradzeniu sobie.

Czy jest na to jakaś rada?

Nie wiem. Dla mnie to też wyzwanie.

Wyjście z zapiekłego wzorca bywa trudne, bo wymaga wystawienia się na zostanie wykorzystanym. A to boli podwójnie, bo inwestujemy swoje uczucia i zaufanie.

Wydaje się, że można z raz czy dwa ugotować cały obiad, a co tam. Potem robić swoje, co tam do każdego należy: kupowanie czy gotowanie.

Innymi słowy ani nie zrzucać całej odpowiedzialności na partnera, ani nie brać całej na siebie (i zadręczać się). I pamiętać, że to relacja, nie firma z podziałem udziałów.

Jak zadziała to super, jak nie…to szkoda chodzić głodnym :).

Brzmi spoko tyle, że ze związkami jest jak z psychodelikami. Można się naczytać, przygotować, nasłuchać opowieści innych, ale jak już jest się w tripie…

A Wy co sądzicie?

P.S. Dodam, że nie o same kłótnie tu chodzi. Raczej o poczucie, że my jesteśmy ok, a to w zasadzie partner coś nawala, nie nadąża, nie jest wystarczająco dojrzały. Przykład: ona ogarnia wszystko, on jest leserem. Ona myśli: boże jaki on nie dojrzały, męczę się z nim jak matka z ojcem. Ale nie myśli:boże jaka ja niedojrzała, że robię to samo co moja mama, że nie wyszłam jeszcze z tego rodzinnego mitu, że mimo tego, że mam 35 lat dalej jadę klimatem wyniesionym z domu”.

Ułatw sobie i mnie i zapisz się na newsletter-troszkę po prawej na górze :)

 

 

 

 

19 Comments

  1. Paweł W said:

    Najfajniej by było gdyby obydwie strony się tym kierowały, ale grunt to nie chodzić głodnym i patrzeć na siebie. Dając 100% można bez żalu odejść.

    19 października 2015
    Reply
    • admin said:

      zobaczymy co inni powiedzą :)

      19 października 2015
      Reply
  2. aneTAO ;) said:

    Zgadzam się, że szkoda chodzić głodnym, dlatego moim zdaniem lepiej skupiać się na potrzebach (najlepiej zaczynając od swoich własnych) i mieć wy…walone na racje i „power games”. No chyba, że potrzeba szarpania jednej z końcówek liny zaspokaja jakąś żywotną potrzebę i trudno znaleźć na to inny sposób. No i jakie potrzeby zaspokaja bycie w związku? Bo z tego opisu trochę tchnie uwięzieniem w pwaradygmacie terytorium i prób sił. Szacun dla wojowników. I/lub współczucie 😉

    19 października 2015
    Reply
    • admin said:

      jak mieć wywalone na racje? i co ważniejsze jak to się dzieje, że przypisujemy odpowiedzialność drugiej stronie?

      19 października 2015
      Reply
      • aneTAO ;) said:

        Może przez dawanie sobie przestrzeni na zaglądanie co schowane jest pod pragnieniem posiadania racji. Czasami to trochę jak śmierć; umieranie identyfikacji z kimś, kto czuje się zagrożony wyjściem poza wspólnotę. Dochodzenie racji, jedynie słusznej w danym momencie, nierzadko wynika m.in. z potrzeby pozostawania w relacji nawet, gdy to krzywdzące . Czyli w ramach nadmiernej identyfikacji z sobą przynależną/ym do relacji (wiadomo, że w związku z niedomkniętymi potrzebnymi figurami we wczesnym dzieciństwie oraz niezdrowemu procesowi socjalizacji, jakiemu większość z nas jest poddawana) jedynym sposobem na zdobywanie niezbędnej do życia przestrzeni wydaje się być przesuwanie osoby, z którą jest się w relacji, a tymczasem może wystarczyłoby pójść sobie na chwil kilka do własnej, osobistej, indywidualnej przestrzeni, oddalić się na trochę od relacji do części siebie, która jest wcześniejsza niż „my”, żeby móc sobie przypomnieć, że jest się wolnym człowiekiem i z wolnej woli wchodziło się w budowanie „my”; a może nawet po co się w to „my” wchodziło. Innymi słowy uporczywe trenowanie powracania do koncentracji na własnych potrzebach i sposobach ich zaspokajania może niekoniecznie przywiązywanych do partnera/partnerki? Czyli wycofywać projekcje i odpuszczać sobie roszczenia z nimi związane? Czyli…. 😉

        19 października 2015
        Reply
        • admin said:

          brzmi super. jak to ubrać w praktyczną radę w kilku prostych słowach?

          20 października 2015
          Reply
          • Mia said:

            w jednym słowie to:
            kochaj
            jak dla mnie w miłowaniu kryję się odpowiedź na bardzo wiele.
            niestety, rzadko kiedy można spotkać się z nauką o kochaniu.
            Myślę sobie, że w ostatnim zdanie aneTAO kryję się piękny sposób:
            „wycofywać projekcje i odpuśić sobie roszczenia z nimi związane”
            w przypadku próby sił i liny:
            robiąc krok w bok, puszczając linę ma się okazję, żeby się „ogarnąć”, nie wiele jest śmiałków chętnych do robienia scen, jak nie ma publiczności.

            22 października 2015
            Reply
            • admin said:

              moim zdaniem puszczenie liny to spora odwaga, a w relacji tym bardziej…

              22 października 2015
              Reply
              • Mia said:

                uśmiechnałam się szeroko do monitora. tak. odwaga.
                szarpałam się ze swoimi dzieciakami o lekcje, odrabianie lekcji, mycie zębów. ile to czasu na to poświęcałam… przestałam. zaufałam im. odważyłam się poważyć im pewną dozę odpowiedzialności i pozwolić i przeżyć konsekwencje. wyszły z tego super warsztaty, zabawne pomysły i ich plany, które z większym i mniejszym powodzeniem realizują.
                a ja zyskałam godzinę dziennie z którą na początku nie wiedziałam co zrobić :)

                zdaje się, że trudno jest się wyzbyć potrzeby kłócenia się i nabyć prowadzenia dialogu, słyszenia i słuchania.

                22 października 2015
              • admin said:

                super :)

                23 października 2015
  3. Mia said:

    Myślę sobie, że (wmawianie) mówię sobie, że jesteśmy ok i/lub bardziej ok niż inni wynika m.in. z tego, że boimy się (lub jesteśmy leniwi) wyjść ze swojej sfery komfortu. łatwiej nam przychodzi subiektywna ocena innych niż siebie. chyba też dlatego, że inni są na zewnątrz i jest nam „łatwiej’ zauważyć skazy.
    fakt jest taki, że cudzy pot szybciej poczujemy niż własny. trudno temu zaprzeczyć :)
    skupienie się na sobie, czas na refleksję wiążę się z odpowiedzialnością i pewnie wdrożeniem zmian. a wszystko co nowe budzi w wielu z nas lęk. a kto z nas jest skory do podjęcia się czegoś nowego „hej, nie mam zielonego pojęcia o tym, pewnie popełnię wiele błędów, może mi się uda, a może nie, ale TAK, chciałbym i podejmuję to wyzwanie i idące z nim decyzję”…
    jest bardzo fajny klip o „zwykłych” kobietach, którym zafundowano realizacje marzenia: profesjonalną sesję wraz z retuszem w photoshopie. fenomenalna wypowiedź jednej z uczestniczek: „dlaczego przez tak długi czas marzyłam, że stać się kimś, kim nie jestem, tuszować skazy, zmarszczki, cechy, które sprawiają, że ja to ja…
    …….
    pozostajemy w cieniu naszych rodziców, dziadków i pradziejów (nie zwalam odpowiedzialności za swoje ułomności na prehistorię, jesteśmy w pewien sposób obciążeni dziedzictwem) i dopóki jabłka nie „odturla” się od jabłoni ma nikłe szanse na wyrośnięcie i stanie się piękną jabłonią.
    Wydaje mi się, że każdy z nas potrzebuję „przebudzenia” i stwierdzenia na swój sposób, ja jestem częścią tego życia i świata. mam wkład, mam siebie, swoje ciało, potrzeby, emocje – zadbam o to. zadbam o siebie.
    pokocham siebie
    i świat mnie otaczający.

    i krótko o racji:
    z racji nic nie wynika. Wiesz coś i masz rację i mówisz: jeśli na czerwonym świetle wejdziesz na ulicę istnieje duże prawdopodobieństwo, że coś negatywnego się stanie.
    i? i co ?
    nic, absolutnie nic. puste stwierdzenie, doskonała mądrość, whatever
    nic, totalnie z tego nie wynika
    jest potrzebny kolejny i kolejny czynnik, żeby z racji coś wynikało, jak nie wynika, to się racją można wypchać.
    i tyle :)

    22 października 2015
    Reply
    • admin said:

      kiedyś usłyszałem: co jest ważniejsze racja czy zgoda? to się przenika często, ale podstawa to priorytet

      23 października 2015
      Reply
  4. n said:

    Gdy długa lina i swobodnie figluje zaczyna się taniec…
    Autentyczna praca nad sobą [ wydłużenie swojego odcinka liny] promieniuje z definicji na partnera;)

    22 października 2015
    Reply
  5. Scarf said:

    hmm medytetusz nawazyles piwa to pij :)… trzeba bylo zostac singlem! Niektorzy po prostu nie sa stworzeni do zwiazku.

    26 października 2015
    Reply
    • admin said:

      hahaha…dobre! kto to pisze?

      26 października 2015
      Reply
  6. M. said:

    Trzeba sobie w związku określić jakieś podstawowe zasady, które stanowią kręgosłup: np. kto pierwszy w domu ten robi zakupy i gotuje obiad :) ,pierwszy taniec tylko z żoną, raz w tygodniu wspólne sprzątanie mieszkania, samochód w poniedziałki dla mnie w pozostałe dni do dyspozycji żony…a reszta wypełniona jest miłością ;). Nawet małe wkur…. rzeczy po zaakceptowaniu są właściwie śmieszne….bo co znaczy przedłużający się make-up w łazience gdy jesteś już spóźniony, niegaszenie światła gdy efekt cieplarniany narasta a rachunki uderzaja po kieszeni, albo kolejna bluzka w tym miesiącu :D. Z czasem można to nawet polubić :) . A poważne spiny coż….co jakiś czas pewnie będą się pojawiać…ja wprawdzie nie doświadczyłem, ale potrafie sobie wyborazić. Nie wiem jak bym się zachował, ale pewnie zrobiłbym to co czego moja żona najbardziej nie lubi…nalegał na rozmowę :).

    27 października 2015
    Reply
  7. gosia said:

    Podoba mi się ten wpis. Przede wszystkim jego tytuł przyciągnął moją uwagę.
    I zgadzam się z tym, że bardzo często nie potrafimy sami odpuścić w codziennych kwestiach, zawsze chcemy postawić na swoim, trzymamy się kurczowo swoich racji, i tak trudno nam odpuścić. Wiele lat tak postępowałam. I z ręką na sercu mogę przyznać się, że dzięki „popełnianiu tych błędów” – tudzież przeciągania tych lin wiele razy w życiu, nauczyłam się mówić sobie stop! i przez chwilę zastanowić się, czy aby na bank mam rację, czy aby mój partner nie jest niczemu winny i niepotrzebnie go o cokolwiek obwiniam, rzucam w niego pretensjami i zarzucam mu, że cokolwiek źle zrobił/powiedział. Umiem się powstrzymać, a nawet zarzucić sobie, że to była moja wina, a nie jego.
    Ale dzięki przeciąganiu tej liny wiele razy doświadczamy lekcji i kolejnej lekcji i tak w kółko, tylko dobrze by było, żeby któregoś dnia każdy wyciągał wnioski i spojrzał na to wszystko drugiej strony i przemilczał zanim powie o jedno słowo za dużo.

    dzięki Michał za przypomnienie, jak ważne w relacji jest słuchanie drugiej osoby.

    13 listopada 2015
    Reply
  8. Sabio said:

    Jakoś tak do mnie wczoraj dotarło, a teraz czytam ten wpis: ludzie są różni, fajnie, że jesteśmy różni w związku, możemy się od siebie uczyć. Na początku relacji nas to fascynuje, po kilku, kilkunastu latach męczy. 99% związków (strzelam) rozstaje się z powodu różnicy charakterów. what? ta sama różnica charakterów która uspokajała choleryka i nakręcała flegmatyczkę? Kurczę, nie ma dwóch takich samych osób. Ludzie marzą o nieosiągalnym (nieomal) o znalezieniu swojej połówki jabłka, tyle, że jabłka tez mają różny kształt….Zamiast po prostu uznać: ok, druga osoba jest inna, nie zmienię jej. Mogę zmienić siebie. Chcę zrozumieć ją/jego. Ponadto mocne charaktery w związku generują większe konflikty. Typ bossa nie chce mieć drugiego bossa w domu. A druga szefowa zarządzająca gospodarstwem domowym nie ma ochoty na bossa, który myli teren pracy z terenem domowym. Chcesz mieć podwładnych, zatrudnij pracowników, nie zakładaj, że żona/partnerka jest jednym z nich. A może żona ma inklinacje matczyne w kierunku małża. I on już nie wie czy w łóżku ląduje z żoną czy z mamą… Pomieszanie ról czyni misz masz ze związku

    24 listopada 2015
    Reply
    • admin said:

      tak, a często to robimy

      26 listopada 2015
      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *