Przebieranki.

Wieloletnia obserwacja własna i setek osób z duchowej branży prowadziła mnie powoli do pewnej konkluzji, w zwieńczeniu, której z pomocą przybył mi trend we współczesnych serialach amerykańskich w kontekście przedstawiania głównych bohaterów.

Jako normalnych ludzi postawionych bądź dążących do sytuacji ekstremalnych czy „przygodowych” w których to ludziach raz o sobie dawała znać „ciemna strona” ich natury raz „jasna”. Stron będących tak naprawdę częścią całości.

W duchowości bezustannie goni się za doskonałością.

Nawet jeśli mówi się o akceptacji dzieje się to w kontekście doskonałości, w kontekście celu gdzie zazwyczaj „zanika ego”, jest tylko „jaźń”, bezosobowe trwanie w błogości absolutu i pływanie w intencjach czystych jak myśli samego Stwórcy.

Dla ludzi o niskim poczuciu własnej wartości, przekonanych o potrzebie ciągłej poprawy siebie, czyli dla ludzi z rodzin dysfunkcyjnych (statystycznie większości z nas) taka ideologia to młyn na wodę.

Wewnętrzny mechanizm nie bycia dość dobrym, czy przejawia się arogancją czy autokontrolą czy zahukaniem, przebiera się w szaty duchowości, pięknego rozwoju, cały czas sącząc w ucho oceny czy postępujesz zgodnie z duchową „wiedzą” i weryfikującego twój postęp co prowadzi do stwierdzeń „Jeszcze muszę to przepracować” albo „Spala nam się karma” albo „Moje wewnętrzne wzorce…” itd.

Innymi słowy owa doskonałość staje się dogmatem dla potrzeb którego wypieramy pewne aspekty naszej osobowości dając, pod przykrywką duchowego rozwoju, się wodzić za nos własnej nieakceptacji.

Jeśli się nie akceptujemy to cokolwiek w sobie zmienimy brak akceptacji będzie z nami.

Można medytować i 40 lat i ciągle będzie się otumanionym poczuciem dążenia do oświecenia.

Wszyscy jesteśmy normalnymi ludźmi. Każdemu zdarzają się „złe” myśli, pragnienia, każdy czasem kłamie, każdy choć raz osiągnął coś kosztem drugiego, każdy sobie wyobraża czasem, że robi komuś krzywdę lub ona się komuś dzieje, wszyscy manipulujemy w większym lub mniejszym stopniu…To naturalna sprawa, po co z tego robić cały przemysł rozwojowy?

Idealizowanie przydatne jest w najmłodszej fazie rozwoju, potem to rodzaj odklejenia od rzeczywistości, który może przybierać niebezpieczne kształty. Rzeczywistość jest jaka jest.

Ostatnio po 13 latach regularnej praktyki przestałem medytować. Efekt? Ulga. I jakaś taka fajna akceptacja dla rzeczy, których wcześniej wolałem w sobie nie mieć, nie widzieć. Ale je mam i są częścią mnie.

 

Ewoluować to podstawa, mieć kodeks etyczny: jak najbardziej, ale spinać się z tym i tłamsić, udawać kogoś kim się nie jest, wybielać na siłę, dopasowywać do określonego ideału…Moim zdaniem nie tędy droga.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *