O pracy i kołaczach.

Spotyka sąsiadka sąsiadkę:

– Co u twojego syna?

– A spoko, awansował w pracy, dostał podwyżkę, zaręczył się, kupuje samochód, a u twojego?

– Zaczął medytować.

– Co to znaczy?

– Nie wiem, ale lepsze to niż gdyby miał siedzieć i nic nie robić.

W czasie gdy ten post, mający traktować o dość krytycznej ocenie progresu na ścieżkach rozwoju osobistego, snuł mi się po głowie, spotkałem u mojego przyjaciela dwóch jego ziomków z czasów wspólnych imprez i doświadczeń mistycznych na bazie środków chemicznych głównie pochodzenia nielegalnego.

Ci naprawdę sympatyczni, wrażliwi, utalentowani ziomkowie (nie mój przyjaciel) w wieku lat czterdziestu kontynuują swój pomysł na życie wymyślony w wieku lat siedemnastu. Ich zamglone alkoholem i jointami oczy biegły głównie w kierunku butelek z piwem, a otaczającą nas multikolorową jesienną rzeczywistość kwitowali sumiennie powtarzaną mantrą: ”Kurwa, ja pierdolę…”

Ich talenty i potencjał leżą bezczynnie przytłamszone setkami płytkich bodźców, którymi faszerują się za niemałe pieniądze.

Zarówno mój przyjaciel, ja i setki osób, które znam mogliśmy skończyć dokładnie tak samo: wrażliwi, inteligentni menele.

Więc jednak progres jest. Chciał nie chciał coś ta medytacja i cała „praca nad sobą” daje.

Piszę o tym, bo czasami nachodzą mnie wątpliwości: na ścieżkach duchowych dziwnym trafem jakoś żaden z uczniów nie jest oświecony, po sesjach uzdrawiania inwalidzi nie wstają z wózków, a całość to, być może, dojenie kasy z tych co mają potrzebę czuć, że życie ma piękny sens. Podobnie choćby z biznesowymi szkoleniami miękkimi: wydaje się, że to teoretyczna pięknomowa, która rzadko przekłada się na realną sprzedaż czy usprawnienie pracy zespołu.

Nie wspominając o błędach, które sam wciąż powtarzam.

Ściema?

Nie do końca.

Duchowość czy tak zwana praca nad sobą to dziedzina jak każda inna.

Wymaga zaangażowania, wytrwałości i pracy.

Steve Jobs był mega pracowity, całkowicie oddany swojemu celowi. Radwańska raczej też trenuje więcej niż trzy razy w tygodniu po godzince. Jimi Hendriks znany ze swego apetytu na kobiece wdzięki mimo wszystko częściej pieścił gitary niż smukłą kibić. Nawet Britney Spears, która osiągnęła sukces choć nie jest artystką na miarę Davida Gilmoura, tańczyła i śpiewała systematycznie od 12 roku życia. I gangsterzy, którzy choć nie pracują w klasycznym rozumieniu tego słowa, przerzucają tony na siłowni czy wylewają wiadra potu trenując boks, ryzykując swoim fachem własną wolność i życie żeby osiągnąć zamierzony efekt.

Pracujemy osiem godzin dziennie zawodowo czy nawet więcej mając własny biznes. Potem fejs, kinko, lektura, spotkania ze znajomymi czy inne przyjemności, a dopiero potem, gdzieś tam wciśnięta w codzienność praktyka duchowa (rozumiana i jako „ćwiczenia” typu regularna joga, medytacja, bieganie jak i, równie ważne, wdrażanie filozoficznego komponentu naszej metody w życie: praktykowanie akceptacji, wdzięczności, obserwacji emocji, monitorowania przebiegu osiągania celów, czy czegokolwiek co stanowi istotę tejże metody/ścieżki).

Wkładając mniej zaangażowania w rozwój niż w pracę zawodową i przyjemności oczekujemy daleko większych rezultatów mamiąc się nadzieją na osiągnięcie oświecenia, z czasem winę za niepowodzenia cedując na metodę.

Jeżeli rzeczywiście zależy nam na tak zwanych rezultatach proponuję zaryzykować i przestawić wewnętrzny kompas na autentyczne zaangażowanie w temat, rozniecenie determinacji.

Nie chodzi o siedzenie osiem godzin dziennie w medytacji czy porzucenie zobowiązań zawodowych i społecznych: są przecież częścią życia i samej praktyki także.

Raczej chodzi o wewnętrzną klarowność co do celu i zewnętrzne przejawianie pod postacią solidnej szeroko pojętej praktyki, a nie tylko „odbębnianiu” porannej medytacji i lajkowaniu motywujących memów na fejsie.

Chyba, że, i to też jest ok, podchodzimy do tematu jako do mentalnego spa.

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *