Jazda po bandzie.

Dość często w swoim życiu słyszałem, że jadę po bandzie. Zarówno pod względem finansowym, osobistym, czy w kontekście angażowania się w różne sytuacje.

W pewnym momencie, jako że słyszałem to od dość rozsądnych ludzi, zacząłem się frasować. Może rzeczywiście przeginam? Może mam coś z border-line? Może to forma ucieczki przed jakimś bólem w sobie?

Mówiąc wprost trochę się tym zadręczałem.

Ostatnio jednak mnie olśniło.

Wszyscy, którzy osiągnęli coś znacznego, jechali po bandzie.

Kto nie jedzie ten zadowala się przeciętnymi, ewentualnie zadowalającymi, rezultatami.

Jobs był pracoholikiem i despotycznym szefem. Postawił wszystko na jedną kartę. Bez dwóch zdań jechał na maksa.

Felix Baumgartner skoczył z prawie 40 km wysokości. Bez komentarza.

Kolumb czy Magellan organizując swoje wyprawy i forsując poglądy na tamte czasy rewolucyjne – jechali po bandzie.

Jezus dał się ukrzyżować. Budda żeby medytować zostawił żonę i dziecko na wiele lat.

Przecież z psychologicznego punktu widzenia to patologiczna przeginka.

Nawet Al Capone czy Escobar osiągnęli co osiągnęli dzięki temu, że szli po bandzie.

Oczywiście to nie jest opcja dla każdego, trzeba postępować wedle tego co komu w duszy gra: nie ma potrzeby domatora ciągać na podróż dookoła świata  kręcąc program na temat najbardziej kryminogennych slumsów.

Większość ludzi, których znam, działa asekuracyjnie: w uczuciach, w rozwoju, w biznesie. Nawet na imprezach, na wszelki wypadek, nie wychodzą pierwsi na parkiet.

Autobusy są pełne ludzi z takim podejściem. Podających się następnemu dniu w oczekiwaniu niespodziankowej zmiany.

Są też ludzie pomiędzy: już nie grzeją miejsc w autobusach, ale jeszcze nie idą po bandzie. Taka klasa średnia.

Na tak zwany sukces, czy to biznesowy, czy społeczny, czy duchowy, poza kilkoma czynnikami jak intencja, pomysł, wytrwałość i łut szczęścia składa się zakres jechania po bandzie.

Trzeba pamiętać o trzech rzeczach, żeby jazda nie była czystą głupotą.

Uważność. Trzeba iść po bandzie z uważnością, nie zamiatając innych po drodze, robić co się da w tym kierunku,na ile to, oczywiście, możliwe w takim przypadku.

Zdrowy rozsądek. Absolutnie koniecznie trzeba go zachować w tym wszystkim. Jobs otaczał się doskonałymi organizatorami, Magellan przecież miał zaopatrzenie. W relacjach też nie chodzi o to żeby się zatracić, a raczej odnaleźć.

Świadomość siebie. Czy to co robię to kompulsywne wewnętrzne parcie czy głos mojej natury, której warto posłuchać?

 

Ta cała sytuacja to żaden mus. Jak to mawiają: każdemu według potrzeb.

To kwestia wyboru i przyjęcia idących za nim konsekwencji.

I jak to w Was rezonuje?

 

 

 

 

 

 

 

3 Comments

  1. Clemi said:

    Dawno żaden wpis nie ubawił/ucieszył mnie tak bardzo od pierwszego zdania! 😀
    Sztos! 😉
    No, to jedziemy dalej!!! 😀 Hurra!
    Majkjel, DZIĘKUJĘ! :)
    Gdyby to napisał kto inny, nie miałoby tego szczególnego rezonu.

    31 maja 2015
    Reply
  2. Karolina said:

    kwestia wyboru,ale i natury danego człowieka….niektórzy ‚cicho’ jadą po swoich bandach

    28 lipca 2015
    Reply
    • admin said:

      dokładnie tak. to nie musi być widowiskowe :)

      28 lipca 2015
      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *