Guru FX

To będzie szczere w dwójnasób: podsumujemy  blaski i cienie.

Zarówno w nauce tańca, jazdy samochodem, w biznesie, sztukach walki potrzebny jest trener, mistrz, osoba, która poprowadzi nas na pewnym etapie. W każdym razie na pewno może to wiele ułatwić.  Na ścieżkach duchowych czy w samorozwoju  jako takim powszechne jest występowanie guru czy trenerów pretendujących do miana super ogarniaczy. Ewentualnie ludzie hipnotyzują się różnorakimi metodami przekonani o ich wyjątkowości co też spełnia rolę mistrza.

Każdy kto czytał wcześniejsze wpisy wie, że nie pretenduję tu do mania racji. Generalnie są dwa stanowiska: jedni wierzą w guru/mistrzów/super metody, niektórzy mają ich nawet po kilku/a, inni powątpiewają lub wręcz jawnie nie wierzą w takie historie. Pomiędzy nimi Ci stojący w rozkroku między obiema postawami. Ten tekst będzie zbiorem refleksji opartych na wieloletnim, intensywnym doświadczeniu w tej materii.

Zacznijmy od jednej opowiastki, która dobrze coś obrazuje.

Pewien suficki mistrz miał zwyczaj po rytualnej kąpieli obcinać paznokcie. Uczniowie zastanawiali się dlaczego zawsze robi to po tej ważnej ceremonii. Nigdy przed. Zachodzili w głowę tworząc różne koncepcje. Zastanawiali się co chce im przekazać tym faktem. Wszak to mistrz. Wszystko robi świadomie, w określonym celu. Na pewno dla dobra uczniów. W końcu jeden z nich, ten odważniejszy, zapytał: ”Mistrzu. Dlaczego zawsze obcinasz paznokcie po naszej rytualnej kąpieli?”. Czekali, zaległa cisza. Mistrz odparł „Są wtedy bardziej miękkie”.

My ludzie mamy niesłychaną umiejętność dobudowywania ideologii. Zarówno przychylnych jak i sceptycznych, bałwochwalczych lub wrogich. Taka postawa może zamykać na całość danego zjawiska.

Zamiast cokolwiek dobudowywać przyjrzyjmy się jak relacja Mistrz-Uczeń wygląda w praktyce.

Na trzech wybranych aspektach, które wzbudzają najwięcej dyskusji: instytucja duchowego lidera jako taka, kasa, która się z tym wiąże, ludzi skupieni wokół liderów, metod.

Odniesiemy to do organizacji duchowej, ale Wy, inteligentni czytelnicy tego bloga, sami odnajdziecie paralele co do innych ścieżek rozwoju.

No to jedziemy.

Praktycznie wszyscy guru mawiają, że prawdziwy lider to taki co tworzy następnych liderów.
Brzmi pięknie, co?
Obserwując realia wokół nich samych-niezaprzeczalnie liderów-rzuca się w oczy, że większość ludzi, którzy terminują u nich po 10-20-30 lat nie podejmują decyzji bez konsultacji ze swoim guru. Ci nieco dalej od mistrza pytają o rzeczy tak istotne jak czy mieć kota czy psa, na jaki kurs tańca się zapisać, gdzie jechać na wakacje. Ci bliżej mistrza z powyższym jakoś dają radę pytają za to o poważniejsze kwestie typu: co dalej robić ze swoim życiem, z kim brać ślub, gdzie zamieszkać. Liderzy organizacji promujących odpowiedzialność i leadership ochoczo pozbawiają się samodzielnego myślenia i decyzyjności.
Bez obwijania w bawełnę wynika to z tego, że (przynajmniej w organizacjach duchowych) guru uważa się, w wersji lajtowej, za człowieka „urzeczywistnionego”,a w wersji grubszej za wcielenie boga/boskości, tak czy siak za istotę pozbawioną ego, mającą tak zwane wglądy w rzeczywistość, wiedzącą najlepiej co jest dla ciebie dobre.

Zaufanie do guru nazywa się zawierzeniem i jest wyznacznikiem twojego postępu w rozwoju duchowym. Im większe zawierzenie tym większym jesteś duchowym kozakiem.
Wiara, jak podają badania, zwiększa poczucie koherencji i potrafi być bardzo przydatnym mechanizmem. Nie o to, że wiara jest zła się tu rozchodzi.
Całość z reguły sprowadza się do radosnego przerzucenia odpowiedzialności i decyzyjności na kogoś innego, z tą różnicą, że jest to dodatkowo premiowane w tej konkretnej społeczności, ruchu.
W niektórych przypadkach przybiera to formy czegoś co nazywam pozytywną paranoją: „Och, guru chciał żebym zgubił siatkę z chlebem i spotkał cię w tym sklepie”. „No nie mam kasy już od 3 lat, ale to mistrz robi mi procesy, szlifuje mi ego”. W pewnym momencie, nawet nie wiesz kiedy, cokolwiek się zdarza w twoim życiu widzisz za tym wolę mistrza.
Co ciekawe jak się posłucha opowieści z różnych duchowych ścieżek, z różnymi guru, są one do siebie podobne.
Wychodzi na to, że obecnie na świecie jest co najmniej kilkudziesięciu avatarów, wcielonych w ludzką postać najgłębszych esencji bytu.
A wokół nich tysiące liderów co pytają się o swoje życie i po przejściu „etapu wątpliwości” w zasadzie bezkrytycznie słuchają swoich mistrzów.
Sytuacja jest o tyle ciekawa, że w większości przypadków, wbrew temu co donoszą media, guru  na ścieżkach duchowych promują wartości moralnie i etycznie bezsprzecznie słuszne, nie sypiają ze swoimi devotees, nie cisną z nich kasy, potrafią wpłynąć bardzo pozytywnie na niektóre aspekty życia swoich uczniów.

Poza tym owe zawierzenie o którym pisałem wyżej niesie wiele pozytywów. Ale po kolei. Zaraz do tego dojdziemy.

Kasa.

Temat, który pojawia się jako numero uno bardzo często zarówno wśród zwolenników guru jak i sceptyków.

Osobiście słyszałem jak mistrz jogi mówił „Rób moją robotę, ja będę robił twoją”. Dosłownie: „Ty szerz wiedzę i miłość po świecie, ja sprawię, że twoje potrzeby będą zaspokojone”.

Postaram się być delikatny. Doświadczenie własne, jak i obserwacja wielu innych zaangażowanych w robotę mistrza pozwala mi skonstatować to tymi słowy: rób swoją robotę, bo nikt jej za ciebie nie zrobi. Zaangażowani, tzn. stawiający na pierwszym miejscu, w duchową służbę ludzie dzielą się na trzy kategorie:

– ci co są jak ekonomiczni nomadzi, ciągle na styk, czasem pod kreską, czasem trochę nad, ale na pewno ślizgający się na finansowych perypetiach

– ci co są w miarę albo nawet bardzo majętni choć widać, że zaangażowanie w „jego robotę” odbiło bądź odbija się na ich biznesie

– ci co całkowicie zdali się na duchowość, są „zatrudnieni na pełen etat” i ciągle prowadząc kursy, spotkania, mają niewielkie wydatki własne, bardzo małe potrzeby (lub małą ich świadomość) więc przy stałej pensji żyją sobie…spoko

O ile ludzie już majętni lub bez rodzin mogą z powodzeniem żyć w ten sposób, o tyle młodzi ludzie, często na początku budowania rodzinnej stabilizacji, a ciągle pochłonięci potrzebą zbawienia świata z imieniem swojego guru na ustach mogą wylądować na finansowych manowcach.

Jednak nawet i to nie jest do końca oczywiste. Zaraz do tego wrócimy.

No i wreszcie trzecia rzecz: rodzaj ludzi. Podobno są badania dowodzące, że na wszelkiego rodzaju ruchy duchowe z silnym, wyrazistym liderem najmocniej załapują się osoby z równie silnymi deficytami, głównie emocjonalnymi: brak rodzica -dosłowny bądź sieroty emocjonalne, poczucie wyobcowania, niskie poczucie własnej wartości itp

Naprawdę trudno się z tym nie zgodzić, ale…

Jak się nad tym zastanowić to odpowiada profilowi społecznemu w ogóle. Na pęd za kasą lub sławą też załapuje się dużo ludzi z takimiż samymi deficytami i wśród powszechnie podziwianych biznesmenów i artystów statystyki emocjonalnych kompetencji są z pewnością bardzo zbliżone. Czy do psychologów chodzą sami ludzi poukładani, zbalansowani, spełnieni? Raczej nie. Czy to czyni psychologię niekompetentną, podejrzaną?

Czy ludzie, którzy promują życzliwość i bycie pomocnym są wszyscy co do jednego emocjonalnie zdrowi? Nie. Czy to deprecjonuje te wartości?

Innymi słowy organizacje duchowe (uogólniam tu i mówię o tych z grubsza sensownych, nie jakichś naprawdę dziwnych wymysłach typu „przylecą kosmici-oddajcie mi kasę-oddajcie mi żony”) skupiają wokół siebie, ze statystycznego punktu widzenia, przekrój społeczny jako taki. Jeżeli, przypuśćmy, jest 5% „poukładanych”, 40% dających sobie nieźle radę, 55% dających radę słabo i bardzo słabo, to taki przekrój znajdziemy w organizacjach.

Dobre jest to, że wszyscy ci ludzie chcę się rozwijać, pracować nad sobą, jak to się przyjęło mówić.

 

Kwestia kasy. Pojawiają się głosy, że świat tak przesiąknięty jest kultem sukcesu i posiadania, że dodatkowe promowanie tego wśród ludzi, którzy mają obrazować zwrot ku „życiu świadomemu” byłoby głupiego robotą.

Mnie osobiście wydaje się, że ludzie nie chcą słuchać  nawet własnych mistrzów. Fakt, że Ci, w większości, nie nawołują do finansowych działań, z drugiej strony nie słyszałem, żeby popierali biedę. Większość zaangażowanych w swój rozwój osobisty czy ukierunkowanych prospołeczne ludzi usprawiedliwia duchową demagogią swoją niechęć do wyzwań jakie niesie ze sobą podjęcie finansowej odpowiedzialności.

Co nie zmienia faktu, że mistrzowie powinni ludziom umiejętnie tłumaczyć, że stan konta jest nieodłączną częścią życia. Najczęściej mówią o tym zapytani, sami z siebie tego tematu nie podejmują.

 

A teraz o zawierzeniu o którym pisaliśmy na początku.

Zdałem sobie sprawę ostatnio z jednego faktu. Wiele razy, kiedy zasiadałem prowadzić kurs opierałem jego powodzenie na zaufaniu w doświadczenie przekazane od mistrza. Nawet jeśli w tym wszystkim zachowywałem zdrowy rozsądek i racjonalne myślenie, tłumacząc sobie to wszystko sensownymi argumentami to, bez dwóch zdań, musimy użyć tu słowa „zaufanie”, zawierzenie.

I tu jest coś co trudno opisać. Może to zabrzmieć dla Was jak jakiś absurd, ale zaręczam, że to obserwacja konkretnego doświadczenia. Każdy z prowadzących kursy nauczycieli, trenerów to potwierdzi własnym przykładem. Otóż w trakcie prowadzenia takiego kursu ogarnia się niebywały spokój, świadomość każdego słowa, tego co się dzieje z kursantami, umysł wypełnia lekkość, humor, naturalna troska o drugiego człowieka, bezwysiłkowa przytomność siebie, energia wyzuta z ekscytacji.

Zresztą Eric Weiner, autor bestsellerów „Geografia szczęścia” i „Poznam sympatycznego boga”, człowiek czujny i nie łatwowierny, w „Geografii….” tak opisuje, podczas uczestnictwa w takim dokładnie kursie o jakim tu mowa, prowadzącą o imieniu Ami:

„ Od czasu pobytu w Tajlandii nie widziałem tak pogodnego uśmiechu, jak ten, który zdobi jej twarz.(…)(w trakcie medytacji) Powinniśmy mieć zamknięte oczy, ale oszukuję i otwieram je na chwilę. Ami jest uśmiechnięta. Cała promienieje. To najtrafniejsze określenie.(…) Zazdroszczę takim ludziom jak Ami. Jej umysł jest czysty, niezaśmiecony. Ma wysoki poziom prany. Jej twarz lśni. Chciałbym być taki jak ona”

Chciałoby się być w takim stanie umysłu cały czas. Wierzcie mi na słowo. Każda w nim wizyta wnosi więcej życia w życie. Warta jest swojej ceny bezapelacyjnie.

Ale to się załącza jak zaczynasz prowadzić, trwa przez tę parę dni jak toczy się kurs, bywa cały czas, bywa tylko na czas sesji w trakcie kursu. Samo się załącza, samo się rozłącza.

Tak czy owak źródłem tego stanu umysłu jest zawierzenie.

I tu moi drodzy chciałem Was przyprowadzić tym najdłuższym wpisem na blogu.

Czy mistrzowie zdają sobie sprawę z siły zawierzenia i kreują możliwości doświadczania tego cennego stanu umysłu czy przytrafia się on siłą naszych naturalnych predyspozycji do bycia w takim stanie, a cała reszta to „zamieszanie” o mniej lub bardziej czystych intencjach ze strony duchowych liderów?

To każdy musi sam sobie odpowiedzieć.

 

 

 

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *