Opinie i koncepcje.

Nie wiem jak Wy, ale ja często ze swoich czy innych ust słyszę „no muszę to jeszcze przepracować” albo „takie wzorce to wymagają pracy”.

On pracuje nad tym, że „mama była nadopiekuńcza i kastrowała go tym samym jako mężczyznę”, ona, że „zazdrość to kwestia niskiej samooceny”.

Niby godne pochwały wszak bez pracy nie ma kołaczy.

W praktyce jak się rozsupła jeden aspekt osobowości i coś zmieni, zaczyna się pracować nad drugim. Jak się ten ogarnie pojawia się, stojący od dawna w kolejce, trzeci. Jak się i ten „przerobi” wraca pierwszy w nowym aspekcie.

Praca nad sobą, w wielu przypadkach, to ściema.

Brak samoakceptacji przebrany w szlachetne szaty rozwoju.

Ile byśmy w sobie nie zmienili ciągle towarzyszy nam poczucie braku i mechanizm usprawniania.

Duchowa droga staje się tułaczką ciągłej poprawy.

Brałem kiedyś udział w takim doświadczeniu rozwojowym, posłuchajcie.

Strasburg. Parę lat temu. Słońce, eleganccy turyści zabezpieczeni pełnym portfelem i brakiem pośpiechu. Niebo błękitne, nieśmiało przetkane lekkimi chmurkami. Wszystko jak ze zdjęcia promocyjnego.

Tymczasem ja jestem w znoszonych beżowych butach, dresowych spodniach, brudnej, żółtej kurtce przeciwdeszczowej, uwiązana na lewym ramieniu półmetrowej długości lalka dynda psychodelicznie głową i kończynami, z prawego nadgarstka zwisa mi podstawka od czajnika przywiązana za kabel. Całości dopełnia damska, różowa apaszka i zielonkawy hełm piechoty francuskiej sprzed 30 lat.

Wyglądam jak świr.

Nie mam dokumentów, ani pieniędzy. Moim zadaniem jest wyżebrać pieniądze (bez mówienia, że to rodzaj zadania) na jedzenie i powrót do ośrodka gdzie toczy się kurs.

Na początku wydaje mi się, że jestem chojrak i że mnie to bawi. Pozory. No bo gdzie, ja, człowiek dziesiątek przygód, wodzirej, dobrze zarabiający, mam żebrać na ulicy gdy ludzie widzą, iż to żaden artystyczny performance i odwracają głowy skonsternowani.

Opór i wstyd.

Idzie kiepsko. Ledwie parę euro. Żadnych mistycznych doznań wzamian. Dominuje udawanie przed sobą i intelektualne wykręty przed przyjęciem pełni doświadczenia.

Mija kilka godzin. Stoję w kolejce do informacji turystycznej pod katedrą Notre Dame wzbudzając przemilczane zażenowanie, gdy nagle…ni stąd ni z owąd…wpłynęła we mnie (to najlepsze słowo) zupełnie nowa perspektywa. Poczułem się wolny od społecznej gry gdzie legitymujemy się fasonem i markami (lub ich brakiem) ubrań, sposobem poruszania się, logiem na kluczykach samochodowych czy nawet deklarowanym światopoglądem. Od tej podskórnej gry o usankcjonowanie swojego miejsca w stadzie. Od gotowego zestawu zachowań przypisanego odgrywaniu danej roli.

To było pozbawione punkowej czy buntowniczej prowokacji.

Wow! Dotknęło mnie nieznane mi wcześniej uczucie swobody, lekkości. Nawet oddech, spontanicznie, stał się fizycznie kojącym doznaniem jakby przez wszystkie wcześniejsze lata coś trzymało go w garści.

Ale to nie koniec. Na fali wewnętrznej lekkości (sorry za patos, ale słowa nie są w stanie oddać tego inaczej) wpłynąłem bez wysiłku czy nawet woli z mojej strony w przestrzeń odpuszczenia sobie koncepcji o sobie samym: o jestem taki a taki, tak się zachowuję, a tak nie, to robię, a tamtego nie myślę, tego nigdy, a to jest najważniejsze.

Bla bla bla. Tworząc osobowość i nieustannie pracując nad określonymi cechami, pomimo dobrych intencji, cały ten wysiłek pchamy w usztywnienie naturalności.

To był zwrotny moment. Od wtedy ludzie zaczęli dawać euro bez oporu. Coraz większe stawki. Jedna Pani, sama z siebie, wyniosła mi słodycze z ekskluzywnej cukierni, które smakowały przepysznie.

W życiu nie czułem się bardziej wolny niż wtedy kiedy puściły pęta opinii innych i moich własnych na swój własny temat.

Morał numer 1:

Akceptacja kluczem do zmiany.

Akceptując, paradoksalnie, mamy większe szanse coś zmienić. Bez akceptacji zmiany nie mają większego sensu.

Morał numer 2:

Istnieje możliwa do doświadczenia przestrzeń w nas wolna od autokoncepcji i opinii innych ludzi. Jej doświadczenie jest jak powiew chłodnego powietrza w duszne lato. Warto mniej się spinać odnośnie i pozytywnych i negatywnych pomysłów na swój temat.

 

 

 

 

 

 

 

7 Comments

  1. aneTAO ;) said:

    W samo sedno. Niebywałe, a jednocześnie już jakby oczywiste, ze trafiam na ten zasób właśnie wtedy, kiedy doświadczam opisywanego procesu. Dziękuję za spotkanie :)

    23 marca 2015
    Reply
    • admin said:

      cała przyjemność po mojej stronie

      25 marca 2015
      Reply
      • aneTAO ;) said:

        i cała po mojej 😉

        6 czerwca 2015
        Reply
  2. Kasia said:

    Bardzo pięknie literacko opisałeś swoje doświadczenie (1. opinia!).
    Osobowość przypisana wydaje się być do EGO i stąd przywiązanie do własnego wizerunku, przywiązanie do tożsamości, która to niestety i tak odbiega wyobrażeniami od Rzeczywistości (2. opinia!).
    Czytając Twoje opinie o o wiecznej pracy nad doskonaleniem własnej osobowości, potwierdza się moja 3. opinia: Zbyt poważnie traktujemy siebie zapominając Kim jesteśmy w kontekście Jaźni. Nie ma ani mnie ani Ciebie (tak niby wiem, czy jednak to realizuję?). A ta namiastka ” ja” niech tam sobie przepracowuje co chce, tylko po co się tak dręczyć wystarczy się obudzić. Ha, ha, ha. tylko obudzić? Porzucić przede wszystkim wszelkie opinie i zamknąć się wreszcie a nie gdakać o sobie bez opamiętania : w głowie też i dręczyć otoczenie dookoła. To już moje doświadczenie, bo wydaje mi się, (:-) że już, już mi się udało. A tu… niespodzianka. Mój przyjaciel zakazał mi pod groźbą wrzucania monet do słoika – używać przy nim w zdaniach słów: ja, mnie, mój… bo go ten mój „rozwój” zaczął wkurzać do białości.
    No i to koniec o opiniach, które mogą być tylko opiniami i o kant je można potłuc. Złudzenia, iluzja. Ego tak łatwo nie odpuszcza – zastawia pułapkę: pozornego samorozwoju i chce nas uzależnić od zdobywania kolejnych stopni !!! Toż to „pozycjonalność”. David Hawkins już by się nad nami uśmiechnął dobrotliwie: oj Wy głuptaski. Polecam jego książkę: „Oko w oko z Jaźnią”, wydawnictwo Virgo.
    Pozdrawiam
    Kasia Wąsowska-Winter

    23 marca 2015
    Reply
    • admin said:

      :)

      25 marca 2015
      Reply
  3. Mirka said:

    Przechodziłam przez podobne doswiadczenie w tymże samym Strasburgu. Po przeczytaniu Twego tekstu postanowiłam tez cos o tym napisać . Ale moje przeżycia maja zupełnie inny wymiar.. Spotkało mnie tak wiele niezwykłych wręcz sytuacji ,że do dzis nie mam odwagi o nich mówić. Natomiast oceniam je jako należące do najważniejszych w moim życiu. A forma w jakiej przedstawiłeś swoje przeżycia i Twój komentarz do tego zdarzenia odebrał mi jeszcze tę resztke odwagi , która mi została. Dzisiaj, po upływie kilku miesięcy ,doszłam do wniosku ,że to właśnie ten tekst oraz ten o Twych doświadczeniach z pracy z więżniami może być dla mnie inspiracją do kontynuacji pisania na swym blogu co zarzuciłam już dawno mając wrażenie ,że jest martwy,ale muszę to zrobić z zupełnie innego punktu widzenia. Dziękuję.Pozdrawiam

    4 czerwca 2015
    Reply
    • admin said:

      Jasne, napisz po prostu, wydaje mi się, ze swojego punktu widzenia :)

      4 czerwca 2015
      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *